sobota, 4 maja 2013

Trzej kuzyni dorsza...


Dzisiejszy poranek nad Bałtykiem znowu rześki, ale już nieco cieplejszy niż wczoraj, a do tego pełne słońce i zero chmur. W tak pięknych okolicznościach przyrody jadę do portu w Dziwnowie po ryby. W słońcu port wygląda malowniczo jak nigdy. Spokojna woda odbija błękit nieba.


Przy nabrzeżu stoi kilka małych kutrów i jeden duży, na którym właśnie trwa przeładunek ryb do samochodu chłodni. Już za kilka dni będzie je można kupić w hipermarketach całej Polski J




Podchodzę do jednego z małych kutrów, na nim 3 rybaków o wyraźnie przypisanych rolach: szef sprzedaży, szef marketingu i główny księgowy. Ten pierwszy waży i pakuje ryby, ten drugi przewieszony przez burtę zachwala towar, a ten trzeci zgarnia kasę do emaliowanego kubka. Wybór ryb całkiem przyjemny: dorsze, śledzie, flądry, okonie i witlinki. „Co to ten witlinek?” – pytam. "Pani, to jest kuzyn dorsza, ale smaczniejszy, nie ma lepszej ryby” – odpowiada szef marketingu, a po chwili szef sprzedaży pakuje mi 3 dorodne okazy – razem 2 kg (mimo zdrobniałej nazwy ta ryba jest naprawdę duża), a 19 pln ląduje w emaliowanym kubeczku głównego księgowego. Wsiadam do samochodu i wracam z 3 kuzynami dorsza całą drogę zastanawiając się, jak przyrządzić takiego witlinka, którego nigdy nie miałam w rękach.

Tu własnie szef marketingu