środa, 9 lipca 2014

Perliczka w zatarze czy comber jagnięcy w sosie figowym, czyli kto zasłużył na tytuł blogerchefa 2014?

Jest sobota, 5 lipca, jestem w Jachrance pod Warszawą. Upał nie daje żyć, nawet klimatyzowana sala hotelu Windsor podgrzewa się emocjami. Tu za chwilę rozpocznie się wielki finał ogólnopolskiego konkursu dla blogerów kulinarnych, w którym zmierzy się piątka półfinalistów, którzy zostali wyłonieni podczas pięciu kolejnych półfinałów, jakie odbywały się od pół roku w różnych miejscach Polski.
Na sali znajduje się pięć kompletnie wyposażonych przez sponsora - firmę Kenwood stanowisk do gotowania i wielki stół z produktami pozostałych sponsorów oraz innymi produktami spożywczymi potrzebnymi do przygotowania wyjątkowych dań.
Dzięki uprzejmości organizatorów - Kasi i Marka, jestem gościem tej imprezy i z niecierpliwością czekam na ten finał oraz pozostałe wydarzenia kulinarne, w które obfituje program.



O godzinie 11:30 przewodniczący jury Mirosław Drewniak daje sygnał do startu i uczestnicy dosłownie pędzą załadować kartony potrzebnymi produktami, by jak najszybciej przystąpić do pierwszej konkurencji. Pierwsza konkurencja wymaga przygotowania autorskiego dania obiadowego, które każdy uczestnik mógł sobie obmyśleć jeszcze przed finałem, mógł też zamówić odpowiednie produkty, z których ma powstać danie rywalizujące o pierwsze miejsce. Po kilku minutach sala wypełnia się zapachami, które mieszają się ze sobą. Liczna publiczność spaceruje wzdłuż stanowisk zaglądając każdemu do garnka, sama nie mogę się od tego powstrzymać, chociaż wiem, jak bardzo jest to irytujące dla uczestników.



Od początku moimi faworytami są Paweł (blog Kuchnia Słonia) i Joasia (blog Na Cztery Widelce). Paweł przygotowuje wieloskładnikowe danie z perliczki, które świetnie się zapowiada, Joasia - jagnięcinę, do której mam szczególną słabość. Na pozostałych stołach powstaje wątróbka z sosem wiśniowym (Martyna - blog Smakiem Pisany), stek rib eye z pure z wątróbki, który też zapowiada się imponująco (Ania - blog Czosnek w Pomidorach)  oraz zielone kopytka (mówiąc po poznańsku - szagówki) z bobu (pycha, są śliczne, tylko, czy to wystarczy na finał?) autorstwa Karoliny - autorki blogu Kuchnia Smakoszy.
Godzina mija nieubłaganie, przewodniczący jury ogłasza koniec czasu i pora, żeby uczestnicy przedstawili swoje dania komisji. Przewodniczącemu jury pomagają dwaj szefowie kuchni hotelu Windsor, który jest gospodarzem imprezy.


Od góry od lewej: 1/ perliczka w zatarze na dwa sposoby (piersi smażone, polędwiczki duszone) z kukurydzianym pure, pikantną soczewicą z chilli oraz duszonymi kurkami - Paweł, 2/ kotleciki jagnięce z sosem figowym, pure z groszku i mięty, młodą marchewką i ziemniaczkami w mundurkach - Joasia, 3/ Stek rib eye z wędzonką, karmelizowanymi cebulkami i pure z wątróbki - Ania, 4/ wątróbka drobiowa z sosem wiśniowym i pure z pietruszki - Martyna, 5/ kopytka z bobu z sosem bazyliowym - Karolina.
Nie powiem, komisja nie ma łatwego zadania, jej członkowie zachowują kamienną twarz, niewiele mówią, zadają dziwne, nawet podchwytliwe pytania. Jednak przy daniu Pawła przewodniczący pokazuje "ludzką twarz". "Cholera... dobre" - mówi i coś czuję, że pierwszą konkurencję wygra Paweł i jego perliczka, ale przed nami jeszcze druga konkurencja, więc nie mówmy hop...


Po krótkiej przerwie rozpoczyna się kolejna konkurencja. Tym razem uczestnicy otrzymują boxy, w których znajdują się dwa produkty będące programem obowiązkowym w tej konkurencji. Te tajemnicze produkty, to suszona żurawina oraz mielony imbir, do tego każdy musi dobrać stek wołowy oraz inne dodatki według uznania. Myślę, co bym zrobiła z żurawiny i imbiru i natychmiast przychodzi mi do głowy chutney z dodatkiem czerwonej cebuli i miodu, do steka wymarzony smak...
I znowu czas start, błyskawiczne "produktobranie" i do roboty. Niepokoi mnie kaszanka na stole Joasi, bo jestem pewna, ze steka przyrządzi bez zarzutu. W ogóle, moim zdaniem, w tej konkurencji zastosowanie produktów z boxu będzie łatwiejsze niż dobre usmażenie steka, no ale zobaczymy, co powie jury.


Kolejna godzina mija nieubłaganie i procedura się powtarza. Gotowe dania, pięknie podane wędrują przed surowe oko i na języki członków komisji.


Od lewej: 1/stek z kaszanką z suszonymi owocami i sałatką z bobu i granata - Joasia, 2/ sałatka z plastrami wołowiny, gruszką, czerwoną porzeczką, orzechami i owocowym pure - Ania, 3/ stek z konfiturą żurawinową, sałatą z bekonem i  młodą kukurydza panierowaną w chilli i serze - Paweł, 4/ kawałki wołowiny z marchewkowym pure, ryżem i sosem żurawinowym - Martyna, 5/ stek z sosem żurawinowym, sałatą i ryżem - Karolina

.
I ponownie jurorzy testują każdy składnik każdego dania (gdzie oni to jeszcze mieszczą?) i wygląda na to, że dylemat mają większy niż w pierwszej rundzie, ale ich twarze muszą pozostać kamienne aż do kolacji, kiedy to nastąpi ogłoszenie wyników i wręczenie nagród. Sama mam dylemat, podoba mi się danie Pawła, ale też sałatka Ani ma wszystko, co lubię. Podoba mi się marchewkowe pure z cebulką Martyny i połączenie bobu z granatem Joasi. Zwycięzca będzie jednak tylko jeden.
Po kolacji, kiedy emocje sięgają już zenitu, przewodniczący jury wreszcie odkrywa karty i krok po kroku dowiadujemy się, jakie są naprawdę wrażenia jury. Na scenę wchodzą po kolei (od piątego miejsca do pierwszego): Karolina (kopytka i tak były pyszne), Joasia (chyba jednak przez tę  kaszankę jest dopiero czwarta, ale jej jagnięcina i tak była no1), Martyna, a następnie razem Ania i Paweł. Jak przystało na dobry konkurs, przed ogłoszeniem, kto z tej dwójki jest lepszy, trzeba jeszcze trochę podgrzać emocje i przedłużyć moment przed ogłoszeniem ostatecznego werdyktu, ale nie trwa to długo i po chwili cała sala burzą oklasków nagradza Pawła - zwycięzcę drugiej edycji konkursu dla blogerów BlogerChef 2014.
To jest w pełni zasłużone zwycięstwo, podobnie jak grad nagród, które spadają na autora sukcesu. 


Finał konkursu nie wyczerpuje jeszcze atrakcji dnia. W przerwie pomiedzy konkurencjami oraz wieczorem odbywają się jeszcze pokazy kulinarne dotyczące wykorzystania w kuchni nowych technik i urządzeń, jak syfony oraz urządzenia do gotowania w niskich temperaturach i bez dostępu powietrza (sous vide).


Zdjęcia u góry przedstawiają polędwiczki wieprzowe oraz filety z kurczaka nadziewane serem i suszonymi pomidorami. Jedne i drugie zamknięte są w hermetycznych woreczkach i gotują się w temperaturze 60-65°C. Na dolnych zdjęciach widac jakie delikatne i soczyste jest mięso przygotowane tą metodą i, co bardzo ważne, mięso nie wysusza się i nie kurczy, a całe soki pozostają w środku.

Ostatnią atrakcją wieczoru są kolejne dwa pokazy kulinarne: pierwszy z nich, to pokaz i degustacja smażonych robaków różnej maści, podobno jako bogate w białko są wielką przyszłością przemysłu żywieniowego. Nie poświęcam im zbyt wiele uwagi, widziałam nie takie dziwactwa w na północy Tajlandii, tyle, że tam dochodziły jeszcze do tego karaluchy, węże, jaja mrówek, a nawet szczury i, tyle, że tam, naprawdę się to jada...


Znacznie większą atrakcją jest pokaz nietypowych zup w wykonaniu szefów kuchni hotelu Windsor. Krem buraczkowo-jabłkowy, chłodnik na herbacie z dzikiej róży oraz żurek z awokado. Ciekawie brzmi, jeszcze ciekawiej smakuje.


A gotowe zupy prezentują się tak:


Po lewej u góry krem buraczkowo-jabłkowy z dodatkiem tymianku i cytryny, po lewej na dole chłodnik z naparem dzikiej róży, wodą różaną, suszonymi owocami i mikrokiełkami bazylii. Po prawej żurek z awokado z posiekanym białkiem i żółtkiem jajka i z kiełkami buraczka.
Prawda, że ciekawe? Którą chcielibyście zjeść? Ja na pierwszy ogień wezmę chłodnik, w takie upały jak obecnie, będzie wymarzony.
Wkrótce kolejna relacja z drugiego dnia spotkania - wielkiego pikniku Blogerchefa...
A wszystko odbyło się dzięki sponsorom: