sobota, 25 maja 2013

Majowa nostalgia za maślanym ciasteczkiem z galaretką porzeczkową


Budzę się dzisiaj, wyglądam przez okno i co widzę? Nic nie widzę, bo wielkie krople wody na szybach przesłaniają mi cały widok. Co za fatalny dzień!  Wyszłoby się do ogrodu nacieszyć oczy zielenią, która właśnie osiąga swoje majowe apogeum oraz wszystkim tym, co już kwitnie albo szykuje się do kwitnienia, ale woda leje się na głowę, a trawnik napity jak gąbka... Przypomina mi się ogród mojej babci. Wracam do domu, robię sobie kawę i popadam w nostalgię. Ogród babci, to nie był taki zwykły ogród, on był jak ogród botaniczny z jednej strony i jak doświadczalne laboratorium owocowo-warzywne z drugiej. Tam każda pora roku, gdzie tam, każdy miesiąc, miał swój zapach i kolor. Począwszy od lutego, kiedy pierwsze przebiśniegi pokazywały swoje główki, często jeszcze ponad warstwą śniegu, po późną jesień, kiedy kolorowe astry dzielnie stawiały opór pierwszym przymrozkom, ogród był pełen kwiatów przez cały sezon. Jedne przekwitały, drugie zakwitały, a wszystkie w najlepszych odmianach i w bajecznych kolorach.


W maju ogród pachniał konwaliami, które z małego kącika pod murem emitowały swój zapach na tak dużą odległość, że można go było poczuć przez otwarte okno domu. Czerwiec przynosił słodki zapach truskawek, poziomek, a zaraz potem malin i porzeczek (szczególnie czarne miały taki charakterystyczny kwaskowy aromat). Lato, to był miks wszystkich zapachów owoców i warzyw pomieszany z lekką nutką kompostu, na którym przerabiały się odpadki organiczne z przeznaczeniem na nawóz (z tego kompostu wygrzebywałam czerwone robaki dla taty, kiedy wyjeżdżaliśmy na ryby).


Letni ogród był dostawcą niezliczonych produktów dla letniej kuchni. Pamiętam wszystkie knedle z truskawkami, naleśniki z malinami, warzywne zupy i chłodniki, czy sałatki z górą zieleniny często konsumowane na ganku oplecionym krzewami winogron.
Wraz z pojawieniem się truskawek babcia rozpoczynała akcję przetwarzania owoców na przetwory, które służyły potem przez całą zimę. Powidła, konfitury, galaretki z wszelkich  owoców, ręcznie tłoczone soki z porzeczek, jabłek i winogron, przeciery pomidorowe, ogórki, wreszcie, domowej produkcji  ocet i wino, wszystkie w opisanych słoiczkach i buteleczkach, stopniowo zapełniały regały chłodnej piwnicy, która też miała swój specyficzny zapach; pachniała ziemniakami i kiszonymi ogórkami, przez które przebijał się zapach węgla składowanego w sąsiednim pomieszczeniu.


Wrzesień przynosił nowe zapachy. Wciąż jeszcze kwitło mnóstwo kwiatów, ale w zapachu ogrodu dominowały jabłka, gruszki  i śliwki, zwłaszcza te, które jako tzw. spady zaczynały gnić na ziemi. W tym czasie z domu dochodził zapach smażonych powideł, a na ganku zaczynały dojrzewać winogrona.
Zapach wrześniowego ogrodu owocowo-warzywnego czasem dopada mnie, gdy przejeżdżam rowerem koło jakichś ogródków działkowych, wtedy moja nostalgia jest podwójna, po pierwsze przypomina mi się tamten ogród z dzieciństwa, po drugie, jest to jednak zapach końca lata, które nigdy nie trwa dostatecznie długo, żeby się nim znudzić.


Dzisiaj nie ma już tego domu, ani tego ogrodu. Ponieważ zajmował on spory teren właściwie w centrum miasta, został przeznaczony pod budowę bloków. Bloki stoją i straszą szarością, a jedynym świadkiem tamtych czasów jest samotna i kompletnie już zdziczała jabłoń. Czasem, kiedy przechodzę tamtędy, oczami wyobraźni widzę ławkę, która stała pod jabłonką, czuję zapach tego domu i ogrodu, słyszę wołanie na obiad i czuję smak maślanych ciasteczek z galaretką porzeczkową...

Przestało padać... Pora wyrwać się z nostalgii... Bo przecież, jak zauważył dawno temu mój 3-letni wówczas syn, "nie ma brzydkiego dzieniu (to taki dopełniacz od słowa dzień), dzień jest ładny, tylko pogoda brzydka". Żeby "poładnić" ten dzień, zrobię ciasto z rabarbarem i imbirem.


Zdjęcia kwiatów w tym poście pochodzą częściowo z mojego ogrodu, a częściowo z ogrodu naszych przyjaciół - Marysi i Waldka.