sobota, 19 maja 2018

Islandia - ogień, lód i wodne żywioły, cz. 1. Południe


Kiedy podczas mojego wakacyjnego pobytu na Bornholmie w 2015 roku zadzwonili do mnie znajomi z propozycją wspólnego wyjazdu na Islandię w listopadzie tego samego roku, rzuciłam się na tę propozycję z dzikim entuzjazmem. Islandia od zawsze była na mojej liście must see, więc dlaczego nie. A, że zimą? To nic, przecież tam, tak naprawdę, nigdy nie jest ciepło, o czym przekonam się na własnej skórze w 2017 roku podczas wyprawy letniej.
A zima nie jest znowu taka zimna. Mówią, co prawda, że wieje i leje, ale wszystko jest kwestią odpowiedniej odzieży i butów. Przy tym szansa na zobaczenie zorzy polarnej zaciera wszelkie inne niedogodności.
Przed wyjazdem intensywnie czytam na temat wyspy. Każda kolejna lektura, a potem każdy kolejny dzień podróży wprawia mnie w większe osłupienie. Niby to wciąż Europa, ale jednak jakaś inna ta Europa tutaj...
Zacznijmy więc od faktów. 300 tysięcy mieszkańców zasiedla wyspę o powierzchni 1/3 Polski, średnia gęstość zaludnienia, to więc zaledwie 3 osoby na km kwadratowy, ale to tylko statystyka, bowiem w samym Reykjaviku mieszka prawie połowa ludności, reszta ma więc na swój użytek tych kilometrów kwadratowych znacznie więcej. W efekcie, skupiska mieszkańców o liczbie przekraczającej 200 osób, to już w sensie administracyjnym miasta. W takim właśnie "mieście" na południu wyspy (Vik) mamy swoją pierwsza bazę.

Vik, 293 mieszkańców
Pomimo wczesnej godziny, drogę do Vik z lotniska w Keflaviku pokonujemy w ciemnościach, ale w listopadzie dzień jest krótki, trzeba więc nauczyć się z tym żyć. W drodze do Vik pilnie wypatrujemy, czy na niebie nie błyśnie jakaś zielonkawa fala światła, na razie nic nie widać. Podczas postoju w barze przy stacji benzynowej, ktoś z naszej grupy wychodzi na zewnątrz, a po chwili wbiega z powrotem wołając nas wszystkich okrzykiem "jest zorza!" Startujemy od stolika dokładnie w momencie, kiedy zbliża się do niego kelner z jedzeniem. Na jego zdziwioną naszym zachowaniem minę reagujemy okrzykiem "Aurora borealis!". A on na to: "So what?" I co z tego? No pewnie! Niektórzy z nas przejechali w poszukiwaniu aurory kawał Finlandii i Norwegii i nic, a on ma zorzę co drugi dzień. Wielka rzecz...  Zorzy polarnej poświęcę jednak osobny wpis.

Pierwsze zderzenie z północnym światłem
 Po pierwszej nocy na islandzkiej ziemi jestem zaskoczona. Wprawdzie jasno robi się dopiero około 9:15, ale nie pada i nie wieje. Świeci za to słońce i jest to dziwne światło, jego źródło jest tuż nad horyzontem, a barwa intensywnie złota. Polska recepcjonistka z hotelu Icelandair sprowadza nas jednak na ziemię opowiadając o szaleństwach tutejszej pogody. Islandczycy mawiają bowiem, że Islandia nie ma klimatu, ma pogodę... Główne składowe islandzkiej pogody, to deszcz padający prawie codziennie i ze wszystkich kierunków, także poziomo oraz wiatry wiejące nawet z prędkością 200km/godz potrafiące oderwać człowieka od ziemi i wyrwać drzwi samochodu, jeśli otwiera się je pod wiatr, przed czym ostrzegali nas już w wypożyczalni samochodów.

Z Vik mamy w planie objechać południe wyspy, po 4 nocach zmienimy bazę na Borgarnes, aby objechać Golden Circle, Półwysep Snaefelsnes oraz Półwysep Reykjanes.Więcej nie da się zrobić w ciągu tygodnia, to i tak ambitny program.
Południe i Zachód, to najbardziej ucywilizowana część wyspy. Podróżuje się tu dość łatwo. Droga główna, która jest fragmentem ringu objeżdżającego całą wyspę (jego łączna długość, to ponad 1300 km) jest asfaltowa, równa jak stół, dobrze oznaczona, stacje benzynowe w rozsądnych odległościach, turyści z kolei w ilościach śladowych, nawet w miejscach powszechnie uważanych za atrakcję turystyczną. Nic więc nie przeszkadza rozglądać się dookoła i wpadać na przemian w zachwyt i zdziwienie.
Naprawdę jest się czym zachwycać. Tu muszę się ponownie powołać na fakty, gdyż mało który kraj może pochwalić się takim bogactwem natury. Na Islandii jest bowiem 10.000 wodospadów, 15 aktywnych wulkanów i 5 lodowców, z czego trzy są największe w Europie. Codziennie w kilku miejscach Islandii następuje jakieś większe lub mniejsze trzęsienie ziemi. Jednym z większych bogactw naturalnych jest… ciepła woda, której nadmiar używa się do podgrzewania ulic i chodników, ogrzewania mieszkań oraz upraw szklarniowych. Dzięki takiej obfitej dostępności źródeł geotermalnych w każdym regionie można natrafić na naturalne baseny geotermalne, w których Islandczycy spędzają dużą część swojego życia, także towarzyskiego.
To jeszcze nie wszystko, na Islandii znajduje się 1/3 lawy całego świata i pokrywa ona 11% powierzchni wyspy. Pamiętacie słynny wybuch wulkanu o dźwięcznej nazwie  Eyjafiallajokull, który przed kilkoma laty sparaliżował ruch lotniczy w całej Europie. To jeden z tej piętnastki, położony jest właśnie na południu wyspy. Podczas naszego pobytu mówi się dużo o groźbie wybuchu innego, pobliskiego wulkanu - Katla, ten bowiem eksploduje z niesłychaną regularnością. Co ciekawe, dwa lata później nadal mówi się o jego potencjalnym wybuchu... No, chyba jednak szkoda..., dwa wyjazdy i żadnej erupcji...

Jazda ringiem, samochody mija się okazjonalnie..
... i "miasta" mijane po drodze
Wzdłuż południowego odcinka ringu jest co podziwiać, wodospady, ośnieżone szczyty lodowców i krajobraz porzeźbiony przez lodowcowe rzeki robią duże wrażenie, zwłaszcza w tym dziwnym świetle, które nawet w samo południe ma barwę zachodzącego słońca. Co ciekawe, nie ma tu lasów, to znaczy nie tyle tu, co w ogóle na Islandii nie ma lasów. Naprawdę. Jest bezkresna przestrzeń, są niekończące się łąki, na których pasą się barany (ich populacja jest tu wielokrotnie wyższa niż ludzi) oraz konie. Zwierzęta pozostają na pastwiskach przez całą dobę bez względu na warunki. Łąki to też niekończące się kępy porostu islandzkiego stosowanego do produkcji leków. Kępy przypominają miękkie poduszki puchowe i mają wszystkie odcienie zieleni, nawet w listopadzie.

Łąki pokryte porostem islandzkim
W drodze do Jokulsarlon, postój na wschód słońca
Okolice Vik.
W pobliżu Vik atrakcją jest czarna lawowa plaża Reynisfjara oraz bazaltowe klify Dyrholey będące lęgowiskiem (jednym z zaledwie kilku na świecie) maskonurów, niestety o tej porze roku nie można ich zobaczyć. Chwilowo na klifach lęgną się Japończycy pozując do zdjęć swojemu kumplowi obwieszonemu sprzętem fotograficznym. Czarna plaża jest lekko oszroniona, bo temperatura w okolicy zera, jednak nie ma legendarnego wiatru i morze jest dość spokojne, a w powietrzu unosi się lekka mgiełka pary. Skały sterczące z morza oraz wysokie bazaltowe klify robią monumentalne wrażenie. I co ciekawe, jesteśmy na plaży my w siódemkę i jeden fotograf ze statywem. Patrzę na morze, które odbija słońce prosto w moje oczy, słyszę jak fale lekko, ale rytmicznie rozbijają się o skały i czuję się jak na innej planecie...  To była chyba najbardziej sielankowa wersja tego krajobrazu, bo kilka miesięcy później na portalu Guide to Iceland przeczytałam, że na tej samej plaży fala bezpowrotnie porwała turystę z Japonii. Natura na Islandii ma różne oblicza.

Plaża Reynisfjara koło Vik

Klify Dyrholey koło Vik
Jokulsarlon
Lodowce  przez wieki  kształtowały krajobraz wyspy. Niebieskie jeziora, fjordy, polodowcowe doliny i meandrujące rzeki, to zasługa wód lodowcowych zmierzających w stronę morza, często niosących
ze sobą ogromne bryły lodu. Największy z lodowców, to Vatnajokull, jego powierzchnia, to 8300 km kwadratowych, a więc blisko 10% powierzchni wyspy. Niebieskawy lód tworzy surrealistyczne jaskinie, a od czoła lodowca odrywają się bryły lodu, które przez pewien czas pływają po lagunie, a następnie stopniowo, wraz z wodą z laguny zbliżają się do morza, najpierw zalegają na czarnej plaży, potem pływają po wodzie, a morskie fale z hukiem rozbijają się o  te największe. Ta laguna, to Jokulsarlon, położona w południowo-wschodniej Islandii jest miejscem, do którego nie pojechać, to grzech ciężki podróżnika. Nie tylko dlatego, że wystąpiło ono jako sceneria filmowa w jednej z części Bonda (A View to a Kill), ale dlatego, że patrząc na lagunę i na Kryształową Plażę pokrytą bryłami lodu odbijającego promienie słońca z całą siłą czuje się podziw dla natury i tego, jakimi różnorodnymi możliwościami dysponuje... I naprawdę nie ma wiele takich miejsc na świecie, może widok Jokulsarlon mógłby się równać z argentyńskim lodowcem Perito Moreno, ale chyba jednak ten islandzki wywołuje większe ciarki. Ciarki, z resztą, to bardzo częsty objaw towarzyszący nam podczas objazdu po Islandii.

Formacje lodowe na lagunie Jokulsarlon












Landmannalaugar - nie jedźcie tam zimą.
Na celowniku w rejonie południowym mamy jeszcze dolinę Landmannalaugar położoną w księżycowych górach, niedaleko od południowego ringu. W swojej naiwności zapuszczamy się na szutrową drogę prowadzącą do doliny. Mamy wielkie auta terenowe i opony z kolcami, więc jazda szutrem zimą, to bułka z masłem...., gdyby nie fakt, że po kilkunatstu kilometrach droga okazuje się zamknięta i dalej jechać nie można. Zaraz za szlabanem wielkie osuwisko nie do pokonania nawet przez nasze superfury. No niestety, drogi wewnątrz wyspy zamykane są już we wrześniu, a otwierane dopiero w czerwcu. Stan dróg oraz ich otwarcia i zamknięcia trzeba śledzić na stronie www.road.is, ale o tym dowiedzieliśmy się za późno. Zawróciliśmy więc jak niepyszni i bardzo rozczarowani ruszyliśmy w drogę powrotną urządzając po drodze piknik na bezludnym miejscu biwakowym. Było to dokładnie 11 listopada, imieniny Marcina, ale nikt się nie spodziewał, że jedna z nas zabrała ze sobą z Poznania karton rogali marcińskich (do walizki, rzecz jasna). Na otarcie łez po nieudanej eskapadzie były jak balsam na poparzenie, chyba nigdy w Poznaniu rogale nie smakowały nam tak, jak wtedy, chociaż miały już 3 dni. I właśnie wtedy, przy rogalach i kawie z termosu urodził się pomysł, aby wrócić do Islandii następnego roku latem.

Kanion rzeki Skafta w pobliżu Kirkjubejarklaustur



Kirkjubejarklaustur i Skogafoss
Czwarty dzień pobytu i doczekaliśmy się deszczu. Nazywając rzeczy po imieniu, to ulewy.  Wreszcie możemy wykorzystać przeciwdeszczową odzież zabraną z Polski. Ta pogoda dopada nas podczas małej wspinaczki niezbędnej, aby z góry móc zobaczyć kanion rzeki Skafta (tuż obok miejscowości Kirkjubæjarklaustur). Nawet w deszczu i przy całkowitym zachmurzeniu woda ma miejscami turkusowy kolor, a słabo zabezpieczone półki skalne wywołują ciarki po raz kolejny.
Pobyt na południu kończymy pod wodospadem Skogafoss. To jeden z największych wodospadów na Islandii. Woda spada z wysokości 60m. Warto wspiąć się na samą górę, aby stamtąd zobaczyć jak ogromne masy wody dosłownie zwalają się w czeluść położoną 60 m niżej.
Ciąg dalszy nastąpi (przynajmniej tak planuję).




czwartek, 26 kwietnia 2018

Tosty z kozim serem, karmelizowanymi winogronami, czerwoną cebulą i orzechami


Dzisiaj coś dla tych, którzy, tak, jak ja, lubią celebrować sobotnie i niedzielne śniadanie. Takie śniadanie, to nie może być zwykła kanapka zjedzona na stojąco. Ono nie znosi pośpiechu i stresu, za to wymaga spokoju i czegoś pysznego na talerzu, czegoś, czego nie jemy codziennie, bo nie mamy czasu tego przygotowywać, czegoś, co zwyczajnie uświetni tę rzadką okazję, kiedy wszyscy domownicy jedzą śniadanie razem. I to nie muszą być żadne wyrafinowane rzeczy, bo z prostych składników też można przygotować coś niecodziennego, dzięki czemu nie będzie się chciało wstawać od stołu, a dolewkom kawy nie będzie końca...

wtorek, 24 kwietnia 2018

Granola malinowo-kokosowa


Dziś przypada Europejski Dzień Śniadania. Na czym polega problem śniadania, że doczekał się czegoś w rodzaju święta - Dnia Śniadania? Na tym, że coraz mniej osób przywiązuje do niego wagę. W porannym pośpiechu jemy byle co albo nic, czasem ograniczamy się tylko do filiżanki kawy i najczęściej wypadamy z domu na głodniaka. A przecież większość z nas wie, że śniadanie, to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Nie będę tu prawiła morałów o energii niezbędnej od rana choćby do pracy mózgu. Powiem tylko, że sama też kiedyś nie jadłam śniadań i jak teraz pomyślę, ile pysznych rzeczy mnie ominęło, to mi żal, że już tego nie nadrobię. Dziś traktuję śniadanie nie jako obowiązek, ale jako małą, poranną przyjemność, do czego wszystkich gorąco zachęcam. Przy tej okazji podaję przepis na fantastyczną granolę  kokosem i malinami. Kiedy ma się zapas granoli w słoiku, jej wrzucenie do jogurtu i skonsumowanie, to kwestia 3-4 minut, a przyjemność bezcenna...

niedziela, 22 kwietnia 2018

Panna cotta na jogurcie z sosem pomarańczowo-imbirowym z nutą rozmarynu


Od wieków nie robiłam pana cotty. Po okresie fascynacji licznymi jej wariantami jakoś, tak po prostu, zeszła z mojego horyzontu, a mój stosunek do niej stał się raczej ambiwalentny. Niby bardzo ją lubię, ale pełen litr kremówki do 6 porcji deseru jakoś nie chciał mi przejść przez ręce... Dzisiejszy wielki powrót pana cotty był możliwy tylko dzięki temu, że jest to wersja fit, czyli z jogurtem i mlekiem, baz grama śmietany. Mniej sycąca, bardzo lekka i jeszcze bardziej orzeźwiająca. Wymarzona na taki ciepły dzień jak dzisiaj. Z inspiracji Yotama Ottolenghiego. Jak zawsze - bingo.